Delightful Confusion by M. Goldstein

20:53 – tyle trwa wykład gdzie Mitch Goldstein opowiada o doświadczeniach, które prowadzą do nieznanego celu. Efekt takiego procesu kreacji Mitcha i jego studentów jest zazwyczaj wyjątkowy, prace aż kipią świeżością. O tym jak wygląda końcowe dzieło prawie w całości decyduje przypadek. Łamanie i brak zasad stają się główna zasadą.

Wykładowca opisuje i pokazuje ścieżkę kreacji studentów wraz z zaskakującymi końcowymi efektami.

Jedyne co zostaje narzucone to wybór narzędzi, materiałów lub sposobu pracy. Mitch Goldstein proponuje właśną listę nieoczywistych i niejednoznaczych wskazówek, które mogą być drogowskazem na drodze twórcy w nieznane:

– użuj lustra,

– użyj narzędzia, którego nigdy nie używałeś,

– niech będzie szybsze,

– niech będzie odpowiedzią,

– niech będzie niewidzialne,

– skorzystaj z rady swoich biskich,

– paleta kolorów bazująca na ostatnim posiłku itd.

Mitch Goldstein oraz Anna Jordan prowadzą blog gdzie pokazują swoje eksperymenty. Projekty nie mają celu, nie mają zasad a autorzy zmieniją materiały i narzędzia. Przeznaczają na jeden projekt ok 30 minut. Efekty można podziwiać pod poniższym adresem:

http://walking.designcrit.com/

Warto posłuchać, warto obejrzeć, warto spróbować – kto wie do czego to doprowadzi …

Wystąpienia publiczne

Daleki jestem od stwierdzenia, że wystąpienia publiczne są sprawą łatwą. Daleki jestem również od stwierdzenia, że wykucie wystąpienia na blachę ma jakikolwiek sens – piszę to oczywiście z bezpiecznej perspektywy odbiorcy, jednak nie odbiorcy, który narzeka i podskakuje bo siedzi sobie sam za biurkiem pisząc te słowa ale raczej takiego, który dzieli się własnymi obserwacjami i stara się sam nauczyć jak i z czym to jeść.

A więc, bez dalszych ceregieli … z notatnika skrobanego z przymróżeniem oka podczas najróżniejszych konferencji i eventów:

– dlaczego ktoś chce mnie znowu zabić przy pomocy Power Pointa,
– czy można, proszę, stać przodem do nas a nie obracać się plecami czytając to co jest napisane drobnym maczkiem na slajdzie,
– czy dzwięki typu: „yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy” ; „aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa” są konieczne dla zobrazowania tematu,
– to kompletnie nie jest czas i miejsce na autopromocję,
– pokaż nam jak rozwiązuje się problemy, podziel się wiedzą – przecież słuchacze dzielą się czasem lub nawet kasą,
– mam dostęp do internetu i sprawdzę wszystko co powiesz – teraz!
– może być i według poradnika – 1 słowo w moim ojczystym języku – na mnie to działa – choćby „Dziendobra o 20:00”
– a fuj – tekst z pamięci i jeszcze stoimy wryte,
– mówa i ruch , czyli prelegentka na wolności – mistrz!,
– o! gadające jabłko – czyli schowałem się za monitorem
– no nie, bycia luzakiem nie można udawać,
– WOW! Wystąpieni idelane – punkt po punkcie z polskiego tłumaczenie amerykańskiego poradnika z lat 90-tych.
– jeszcze, jeszcze … płyniesz … a ja z Tobą!
– kończ, miej litość – przecież wszyscy i tak już dawno śpią,
– udało się, sukces – wyłączyłeś mój mózg,
– body talk baby!
– za rok wyślij tylko prezentację – potrafię czytać
– zaraz tam wejdę i ciebie wyściskam – cudo!

MGiK

„Thank God for deadlines” 

Richard Thompson

„Nie ma ładnego ani brzydkiego koloru – jedynie kontekst , w jakim są użyte może być
niewłaściwy” 

Ronan Bouroucell

„The best time is when you don’t feel like it.”

Seth Godin

Książka dla przyjaciela

Mam przyjaciela, któremu uwielbiam wysyłać książki … mieszka, ten dobry człowiek, w innym kraju więc wymaga to względnego zachodu – zakup, pakowanie, wycieczka na pocztę, znaczki, wysyłanie. Całkiem możliwe, że właśnie z tego powodu zastanawiam się czy daną książkę faktyczne warto mu wysłać. Wysyłam zatem tylko te, które są wyjątkowe i inspirujące ( tak wiem słowo „inspiracja” jest ostatnio używane zbyt często) ale w przypadku tych książek jest jedynym odpowiednim.  Inspirujące!

Tak naprawdę na tą chwilę jest to dosłownie kilka w roku. Jako, że czytam więcej niż mu wysyłam, a dodatkowo ustawiam kolejkę tych, które chcę sam przeczytać postaram się tu wrzucać, w formie krótkich wpisów, konkretne pozycje, które według mnie warto przeczytać – czytać mamy jedak te książki a nie moje wpisy stąd bedą one krótkie.

A zatem … aż strach bo wydana w 2002 r. a przetłumaczona na polski dopiero w 2008 r. – kupiłem przez przypadek na wyprzedaży.

 

Robert I. Sutton
Zwariowane pomysły, które się sprawdzają. Jak zbudować kreatywną firmę.

 

Doktor Sutton jest autorem oraz współautorem również innych pozycji, które też warto przeczytać i umówmy się, że o tym autorze nie będę już wspominać – warto „go” czytać i kropka.

Kto ma dostęp , może czytać wersję w języku angielskim bo inaczej czekamy kilka lat na tłumaczenia i lądujemy „100 lat za murzynami” (Wolno tak jeszcze pisać,czy to już obrażliwe?)

Jak ktoś ma bliższy dostęp do Pana Doktora to może mu czytać przez ramię albo wyczytywać z monitora jak wychodzi zrobić sobie herbatę.

 

Link do strony prowadzonej przez Suttona:

http://bobsutton.typepad.com/

Książka dla przyjaciela

Książka dla przyjaciela nr 2.

No i przyszedł ten moment kiedy to znowu będę musiał wybrać się na pocztę. Tym razem zamierzam przeprowadzić eksperyment i wysłać książkę listem zwykłym. Jakoś przyzwyczajony jestem, że „polecony to polecony” … i praktycznie to jedyny rodzaj listu, który dochodzi … licze na to, że Poczta Polska zmieniła nie tylko branding … zobaczymy. Eksperyment!

Ale o księżce do przyjaciela miało być a nie o tym, że pracownicy Poczty Polskiej kilka dobrych lat temy traktowali przesyłki jak ich własność. Książka ma stron 291 czyli prawie 300 – trochę jest. Książka napisana jest jednak przez 2 osoby więc przypada po 150 na łeb. Można ją zatem przeczytać w 2 soby po 150 stron i sobie opowiedzieć.

Pstryk. Jak zmienić,  żeby zmienić” braci Heath, dokładniej Chipa i Dana z Ameryki ma całkiem ładną okładkę … spory czerwony przycisk na białym tle. Oryginalne wydanie ma na niebieskiej okładce włącznik (albo włancznik jak ktoś woli) światła taki jak mają w kraju wolności na każdej ścianie. Taki jakiś marny ten przycisk u „nich”- u nas to jak dali to dali jaki porządny czerwony jak do bomby atomowej. Książka jest w końcu o zmianie a zmiana jak ma być to musi być zajebista a nie tam taka mała, choć zmiana wynikająca z użycia małego włącznika światął w ciemnym pokoju może być równie znacząca co duża.

Tak czy siak książka została przetłumaczona na chyba sporo, bo z 25 języków (blisko 30 jak pisze polski wydawca – 25 jest blisko 30 bliżej niż 24 – to na pewno) w tym chiński, japoński, koreański, serbski, hebrajski, estoński. Akurat po estońsku nazywa się „Klops”. Na ile by jednak nie była przetłumaczona to w swojej wersji oryginalnej, czyli angielskiej (amerykańskiej) trafiła na 1 miejsce listy bestsellerów „New York Times”.

Chip Heath i Dan Heath napisali też sporo innych książek – warto odwiedzić ich stronę  heathbrothers.com i rzucić okiem. Bracia zachęcają do kontaktu i podają do siebie e-maile, na które jak podejrzewam prężnie odpowiadają … tak mnie zawsze zastanawia, że często bardzo zajęci autorzy odpowiadają na maile, czy osobiście to nie wiem, ale jednak sprzeżenie zwrotne jest i jest zazwyczaj konkretną odpowiedzią na zadane pytanie – a jak się napisze do bezrobotnego kolegi to nie odpisze a i czasu na nic nie ma …

Ja wspomniałem książka została napisana przez dwie osoby, bracia nie bracia ale jednak dwie. Ciekawe jak to się pisze w dwie osoby taką książkę ? Co, że na raz piszą czy na zmianę ? Albo jeden pisze mp. w dni parzyste a drugi nie? A może jeden pisze a drugi mu zmienia żeby potem ten pierwszy zmienił ponownie ? … albo jeden trzyma prawą rękę na klawiaturze a drugi lewą i myślą literami albo na zmianę wyrazy piszą … to są ważne pytania, trzeba o tym myśleć! Trzeba?

Tyle o samej książce, tak mało konkretnie jak się tylko dało …

Miłego czytania !

PS.

Pomimo wielu prób upselingu wybronilem się od priorytetów i wysłałem listem zwykłym, pani walnęła pieczęć i wrzuciła do kosza … time will tell.

Update:

List doszedł !!

 

 

Artboards

Jest to lub ma być jeden z wielu projektów typu „kiedyś  chciałem zrobić …”. Mam już kilka pierwszych deskorolek, które posłużą jako substytut tradycyjnego płótna. Wybór padł oczywiście na polskiego producenta i same 8,5 calowe deki są ręcznie robione w polskiej manufakturze. Prace wykonane na deskach dają artyście okazję do zaprezentowana sztuki szerszemu gronu odbiorców. Deskorolki coraz częściej pojawiają się w przestrzeni miejskiej. Skater duszący kolejne tricki , nie tylko prezentuje swój kunszt ale i właśnie dekorację samej deski.  Nie jest ona jednak obecna cały czas, musi zostać odsłonięta. Spód deski z grafiką oglądamy podczas najbardziej spektakularnych, wymagających tricków lub np. podczas upadków … zwykła jazda nie daje obserwatorowi możliwości poznania tego co jest na spodzie deskorolki.  Tym razem udekorowany spod deskorolki zostanie ukazany w całej krasie bez wysiłku skejta – cały wysiłek i praca pozostaje po stronie artysty, który dzieło tworzy.

Jestem aktualnie po pierwszych rozmowach i kilku artystów wyraziło wstępną chęć  udziału w projekcie malowania, rysowania lub innego sposobu udekorowania deskorolek. Podkreślam słowa „wstępną” ponieważ biorę poprawkę na dynamizm  życiu w ogóle. Ja opowiadam o pomyśle i pytam  – warto zapytać bo, jak to mówią, na wszystkie nigdy nie zadane pytania odpowiedź zawsze brzmi tak samo.

Projekt jest niekomercyjny i ma na celu głównie promocję samych artystów poprzez dedykowaną stronę i wyjątkową wystawę.  Projekt ma być również  celem samym w sobie, spotkaniem osób, rozmową, radością, flow, nauką, rozwojem i setką, tak potrzebnych, błędów. Kolejnym celem jest stworzenie wyjątkowej kolekcji , której wspólnym mianownikiem będzie konkretne miasto. Miasto, z którym większość osób biorących udział w projekcie jest w jakiś sposób, nie zawsze bezpośrednio, związana.

Nie liczę, nie zakładam a i nie do końca popieram bezpłatną pracę kogokolwiek na rzecz jakichkolwiek projektów ale jednocześnie bardzo się cieszę, że na mojej drodze pojawiają się osoby , które oferują swoją pomoc lub udział całkowicie nieodpłatnie.  To cieszy i napędza do dalszych działań. Dziękuję!

Finał projektu jest jeszcze daleko i tak naprawdę spodziewam się, że po drodze los podpowie mi kilka rozwiązań. Na tą chwilę metoda małych kroczków sprawdzą się całkiem dobrze. Konkretnie określone i wykonalne w danym czasie cele, które są składową kolejnych. Bez presji ale jednak konkretnie do celu. Cały projekt będzie przecież wynikiem  małych kroczków, małych elementów i ogromu pracy wielu osób – części z nich jeszcze nawet nie poznałem.