Daleki jestem od stwierdzenia, że wystąpienia publiczne są sprawą łatwą. Daleki jestem również od stwierdzenia, że wykucie wystąpienia na blachę ma jakikolwiek sens – piszę to oczywiście z bezpiecznej perspektywy odbiorcy, jednak nie odbiorcy, który narzeka i podskakuje bo siedzi sobie sam za biurkiem pisząc te słowa ale raczej takiego, który dzieli się własnymi obserwacjami i stara się sam nauczyć jak i z czym to jeść.

A więc, bez dalszych ceregieli … z notatnika skrobanego z przymróżeniem oka podczas najróżniejszych konferencji i eventów:

– dlaczego ktoś chce mnie znowu zabić przy pomocy Power Pointa,
– czy można, proszę, stać przodem do nas a nie obracać się plecami czytając to co jest napisane drobnym maczkiem na slajdzie,
– czy dzwięki typu: „yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy” ; „aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa” są konieczne dla zobrazowania tematu,
– to kompletnie nie jest czas i miejsce na autopromocję,
– pokaż nam jak rozwiązuje się problemy, podziel się wiedzą – przecież słuchacze dzielą się czasem lub nawet kasą,
– mam dostęp do internetu i sprawdzę wszystko co powiesz – teraz!
– może być i według poradnika – 1 słowo w moim ojczystym języku – na mnie to działa – choćby „Dziendobra o 20:00”
– a fuj – tekst z pamięci i jeszcze stoimy wryte,
– mówa i ruch , czyli prelegentka na wolności – mistrz!,
– o! gadające jabłko – czyli schowałem się za monitorem
– no nie, bycia luzakiem nie można udawać,
– WOW! Wystąpieni idelane – punkt po punkcie z polskiego tłumaczenie amerykańskiego poradnika z lat 90-tych.
– jeszcze, jeszcze … płyniesz … a ja z Tobą!
– kończ, miej litość – przecież wszyscy i tak już dawno śpią,
– udało się, sukces – wyłączyłeś mój mózg,
– body talk baby!
– za rok wyślij tylko prezentację – potrafię czytać
– zaraz tam wejdę i ciebie wyściskam – cudo!

MGiK